160209

 

 

POLEMIKI:


Szymon Hołownia
Publicysta TV Religia
Newsweek.pl, 9 lutego 2009
W Rzeczpospolitej bardzo ciekawy i niezwykle irytujący tekst Dominika Zdorta pod tytułem "Koniec epoki kremówkowej". (…) Jak ktoś chce opierać dietę wyłącznie na soli, szybko umrze na serce.  


Stanisław Obirek
były jezuita
Rzeczpospolita, 14 lutego 2009

Diagnoza postawiona przez redaktora Dominika Zdorta brzmi ciekawie i jestem gotów się z nią zgodzić. Jednak środki zaradcze proponowane przez niego budzą szereg wątpliwości.


Stanisław Michalkiewicz
publicysta
Nasz Dziennik, 14 lutego 2009

Skąd red. Zdortowi przyszło do głowy, że krytycy JŚ Benedykta XVI reprezentują „świat liberalny”? Tacy z nich „liberałowie”, jak ze mnie – chiński mandaryn.


 x. Alfred Marek Wierzbicki,
dyr. Instytutu Jana Pawła II KUL
Rzeczpospolita, 14 lutego 2009

Artykuł Dominika Zdorta „Koniec epoki kremówkowej” budzi nie tylko mój intelektualny opór, ale również estetyczny niesmak. (…) Zdort nie przyswoił sobie chyba żadnej z kategorii myślenia o Kościele, jakie wypracował w oparciu o nową teologię Sobór Watykański II. 


Ewa K. Czaczkowska
publicystka „Rzeczpospolitej”
Rzeczpospolita, 14 lutego 2009

Dominik Zdort uważa za cnotę Benedykta XVI brak zdolności do nawiązywania relacji z tłumem wiernych, a za wadę Jana Pawła II jego charyzmę. 


Alina Petrowa-Wasilewicz
przewodnicząca Krajowej Rady Katolików Świeckich
Rzeczpospolita, 14 lutego 2009

Z niedowierzaniem czytałam artykuł Dominika Zdorta „Koniec epoki kremówkowej”. (…)Czy w pamięci wiernych po pontyfikacie Wojtyły zostały tylko kremówki? Wie to tylko Pan Bóg. 


x. Artur Stopka
publicysta
Salon24.pl, 7 lutego 2009

Wątpię, czy Benedykt XVI potrzebuje właśnie takiej obrony, jaką na łamach Rzeczpospolitej zafundował mu Dominik Zdort, ogłaszając „Już nigdy nie będzie tak jak za czasów Jana Pawła II".


 


KONIEC EPOKI KREMÓWKOWEJ WWW.RP.PL

TYLKO TU PEŁNA WERSJA TEKSTU OPUBLIKOWANEGO W "RZECZPOSPOLIEJ" 8 LUTEGO 2008

Między Kościołem a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt

Dominik Zdort

Czy papież powinien ustąpić? Za – 14 proc., przeciw – 57 proc., nie wiem – 29 proc. Póki co to jeszcze nie głosowanie w Parlamencie Europejskim, ale sonda internetowa. Jednak umieściła ją na swojej stronie nie oszalała anarchistyczna organizacja, ale całkiem poważna gazeta — wydawany przez Springera „Die Welt“. Inne szanowane niemieckie pismo, tygodnik Der Spegel, na okładce stwierdziło, że niemiecki papież kompromituje Kościół.

To nie koniec. Ze wszystkich stron, z prasy zachodnioeuropejskiej, od żydowskich autorytetów i francuskich intelektualistów i włoskich Watykanistów, od niemieckiej kanclerz i polskiego marszałka Senatu, posypały się ataki na Benedykta XVI, a nawet wezwania do ustąpienia po tym, gdy papież zniósł ekskomunikę wobec tradycjonalistycznego Bractwa Św. Piusa X. Ataki, jakich nie pamiętają najstarsi watykaniści.

Przed ostatnie kilkadziesiąt lat, a szczególnie w czasie pontyfikatu Jana Pawła II, stosunki między Kościołem, a coraz bardziej liberalnym światem były czymś w rodzaju zawieszenia broni. Oczywiście zdarzały się zbrojne incydenty. Kościół od czasu do czasu krytykował wiele spraw, które w owym świecie mu się nie podobały, ale nie zrywał układu pokojowego. Podobnie lewicowi i liberalni intelektualiści oraz politycy – czasem krzywili się na istnienie wielkiej ponadpaństwowej instytucji, która opiera się regułom liberalizmu i demokracji, ale nie wywoływali jej otwartej wojny.

Obie strony przymykały oczy na wiele niewygodnych dla siebie spraw, które mogłyby ten kruchy układ zburzyć. Kosciół, usatysfakcjonowany milionami młodych ludzi wsłuchanych w Jana Pawła II, gotów był nie zauważać, jak płytka jest ich wiara. Choć zauważali to niektórzy obserwatorzy. – Społeczeństwo włoskie i europejskie, którego znaczna część deklaruje katolicyzm, żyje w sytuacji obłudy. Co fascynowało Papaboys (młodzież towarzyszącą JP2 w czasie jego pielgrzymek- red.) w Janie Pawle II? Zapewne sylwetka, osobowość, osobista odwaga. Bo raczej nie jego nauczanie – to słowa które przed niespełna czterma laty powiedział wywiadzie dla „Gazety Wyborczej“ Camillo Brezzi, historyk Kościoła, wykładowca sieneńskiego uniwersytetu i gorący zwolennik liberalizacji Kościoła. Papaboys – jak mówił Brezzi – siedzą przed oknami Pałacu Apostolskiego i śpiewają umierającemu Janowi Pawłowi II piosenki, a równocześnie „współżyją przed ślubem i używają prezerwatyw“.

Hipokryzja? Camillo Brezzi wolał słowa „zakłamanie“ i „podwójność“. Podkreślał, że to sytuacja bardzo niebezpieczna. I twierdził, że doprowadził do niej pontyfikat Jana Pawła II, a jego następca będzie musiał to zmienić.

Dziś ta zmiana następuje. Zawieszenie broni zostało zerwane. Już nigdy nie będzie tak, jak za czasów Jana Pawła II. Świat liberalny mógł znosić kazania i napomnienia Karola Wojtyły wołającego o szacunek dla wartości, dla życia ludzkiego, o zawierzenie Chrystusowi. Odmówił zaakceptowania Josepha Ratzingera, gdy okazało się, że będzie nie dobrotliwym staruszkiem bezsilnie wzywającym do zachowania zasad, ale pancernym papieżem, który w obronie swoich zasad jest gotów na podjęcie konkretnych działań.

Oczywiście kłamstwem byłoby stwierdzenie, że Jan Paweł II żył w pełnej harmonii ze współczesnym światem. „Der Spiegel“ wielokrotnie publikował teksty, których autorzy wyczekiwali nowego, bardziej liberalnego papieża. „La Republicca“ przy każdej okazji pisała, że Jan Paweł II „wtrąca się“ w sprawy rodziny, że nie akceptuje związków homoseksualnych i upiera się, aby chronić życie od narodzenia do naturalnej śmierci.

Jan Paweł II skutecznie te wyrzekania neutralizował. Dziś użylibyśmy modnego piarowskiego słowa  i powiedzielibyśmy, że polski papież „przykrywał“ za pomocą innych deklaracji oraz osobistych opowieści swoje przesłanie moralne. Bardzo mocno – niektórzy twierdzą, że za mocno, ryzykując katolicką tożsamość – zaangażował się w ekumenizm i dialog międzyreligijny.

Spotkaniom z protestantami i wizytom w świątyniach innych wyznań nie było końca – dzięki czemu europejskie media aż piały z zachwytu i gotowe były szybko zapominać o moralnych napomnieniach głowy Kościoła. Francuski „Le Monde“ w 2001 roku podczas wizyty Jana Pawła II w Damaszku był zachwycony, że papież, aby nie urazić uczyć muzułmanów stara się unikać „znaku krzyża, który mógłby wywołać szok“. A tygodnik „Time“, żegnając Ojca Świetego w 2005 roku, nazwał go „Mistrzem ekumenizmu“ – podkreślając, że Jan Paweł II nazywał Żydów „starszymi braćmi“ i chwaląc za spotkania z przywódcami innych wyznań w Asyżu. Nie zapomniano także  o „nadzwyczajnych przeprosinach papieża za krucjaty i inkwizycję“.

Drugą bronią, którą Jan Paweł II rozbrajał swoich przeciwników była nadzwyczajna bezpośredniość. Polski papież budził sympatię. Był showmanem. Sypał żartami i anegdotami, które zachwycały zarówno uczestników papieskich mszy jak i dziennikarzy na całym świecie. Niestety – często skutkiem takiej taktyki (nieważne, czy zamierzonej) Jana Pawła II były relacje medialne skupiające się właśnie ta tych pobocznych wątkach. Wszyscy pamiętają setki razy odtwarzane przez telewizje wspomnienia o kremówkach podczas wizyty w Wadowicach (Jan Turnau w „Gazecie“ dostrzegł w nich nawet przesłanie religijne i lansował kremówkowy „sakrament uśmiechu“), a w zapomnienie poszła wygłoszona chwilę wcześniej homilia o roli Najświętszej Marii Panny w tajemnicy odkupienia.

Jan Paweł II uwodził wiernych i media – ale uwodził nie swoimi wezwaniami do ochrony życia czy rodziny, nie religijnymi rozważaniami ale właśnie owymi didaskaliami – opowieściami o mazurskich szlakach kajakowych i o wędrówkach po Tatrach. To było piękne i wzruszające. Ale niestety niewiele więcej w zostało w pamięci wiernych.

Dość spojrzeć na poświęconą polskiemu papieżowi podstronę internetową „Gazety Wyborczej“ i przeczytać choć parę umieszczonych tam linków: „Mały Lolek“, „Aktor i pisarz“, „Atleta kochający góry“, „Anegdoty o Karolu Wojtyle“, „Habemus papam“, „Ukochany papież młodych“, „Kremówki i łupież“. Trudno znaleźć informację o moralnym i religijnym nauczaniu Jana Pawła II – jej rolę pełni chyba link „Najważniejsze myśli“.

Ale warto też pamiętać, że niektórych kontrowersji wobec polskiego papieża nie poznaliśmy dlatego, że je przed nami ukryto. Przeciętny polski katolik pewnie nie ma pojęcia o walce jaką Jan Paweł II stoczył z teologią wyzwolenia – społeczno religijną koncepcją szczególnie popularną w Ameryce Południowej, zakładającą włączenie się duchownych w działalność tamtejszych rewolucyjnych ruchów marksistowskich. Papież mówił o tym w 1979 roku w Meksyku i w 1983 roku w Nikaragui, zachodnie media ostro go krytykowały – w komunistycznej Polsce jednak nikomu nie zależało na opisywaniu tego konfliktu. Podobnie później, przed wstąpieniem do Unii Europejskiej, media pomijały ostry spór aksjologiczny, jaki Jan Paweł II toczył z politykami wspólnoty - choć z obu stron padały mocne słowa, do polskich mediów się one nie przebijały.

Sporą część krytyki, która mogła spaść na Jana Pawła II, przejął zresztą jego bliski współpracownik kardynał Joseph Ratzinger. W ostatnich latach pontyfikatu polskiego papieża obaj hierarchowie stworzyli parę w type dobrego i złego policjanta. Najwyraźniej było to widać, gdy opublikowano deklarację „Dominus Iesus“ (przypominającą tradycyjną naukę Kościoła, że istnieje  „jeden Kościół Chrystusowy, który trwa w Kościele katolickim”). „Winą“ za tę deklarację obarczono Josepha Ratizgera, choć zgodę na jej publikację wydał Jan Paweł II.

Trudno jednak przeciwstawiać Ratzingera Janowi Pawłowi, skoro przez 27 lat swojego pontyfikatu to polski papież powołując kolejnych purpuratów tak ukształtował kolegium kardynalskie, że wybrało ono „pancernego kardynała” na kolejnego papieża. Trudno przypuszczać, że Jan Paweł II nie miał świadomości iż jego jego następca poprowadzi Kościół nieco inaczej, niż on sam.

Benedykt zresztą zaczął swój pontyfikat od podkreślania kontynuacji. Zapewne chodziło zarówno o zapewnienie wyważonej reakcji mediów i opinii publicznej, jak i o uspokojenie Kurii Rzymskiej. Podczas papieskiej mszy w Kaplicy Sykstyńskiej była mowa o wielkości Jana Pawła II, który „zostawił Kościół mający więcej odwagi”. O wierności ideom Soboru Watykańskiego II i o kontynuacji dialogu ekumenicznego.

Dziś te gesty można już podsumować stwierdzeniem, że Benedykt XVI jako konserwatysta nie chciał rewolucji. Zamiast gwałtownie burzyć, to co go w janopawłowym Kościele niepokoiło, przyjął metodę powolnego demontażu niebezpiecznych konstrukcji. Niby wszystko było jak wcześniej - nowy papież pisał listy do rabinów, spotykał się z innowiercami, delikatnie się uśmiechał, nie wyklinał ich i nie potępiał.

Ale na tle beztroskiego entuzjazmu czasów Jana Pawła II widać było różnice. Już podczas Światowych Dni Młodzieży w Kolonii w sierpniu 2005 odrzucił braterstwo z protestantami, rozumiane jako - jak sam to określił - "nieokreślone mgliste sentymenty". Zastrzegł, że prowadzenie dialogu z innymi wyznaniami nie może oznaczać "obojętności wobec prawdy". Odmieniane w ostatnich latach przez wszystkie przypadki słowa "miłość" i "miłosierdzie" uzupełnił o "prawdę" i "sprawiedliwość".

Potem było przyjęcie na prywatnej audiencji Oriany Fallaci, słynnej włoskiej pisarki i dziennikarki, która jeszcze za życia Jana Pawła II wzywała Stolicę Apostolską do postawienia tamy ekspansji islamu i spotkanie z bp. Bernardem Fellayem, generałem Bractwa św. Piusa X.

Już wtedy świat liberalny zaczął się niepokoić. W gazetach pojawiły się nieprzychylne komentarze. Protesty wywołało przywrócenie przez Benedykta XVI mszy trydenckiej jako pełnoprawnej liturgii w Kościele. Powoli jasne się stawało, że właśnie kwestia ożywienia katolickiej tradycji, po Vaticanum II w dużej części odrzuconej i zapomnianej będzie zapalnikiem, który wywoła wojnę Kościoła ze światem liberalnym.

 I rzeczywiście - casus belli stało się niedawne cofnięcie ekskomuniki wobec lefebrystów. To - dla przeciwników papieża – było ostatecznym sygnałem, że Benedykt XVI nie poprzestanie na dobrotliwym upominaniu wiernych. W cytowanym powyżej wywiadzie włoski historyk Camillo Brezzi powiedział, że następca Jana Pawła II powinien zlikwidować podwójność i zakłamanie w Kościele. – Może zmienić społeczeństwo, albo nauczanie - mówił Brezzi.

Benedykt - papież Kościoła katolickiego - chyba nie miał wątpliwości, w którą stronę iść. Zmiana nauczania nie wchodziła w rachubę. Wręcz odwrotnie - papież uznał, że owo nauczanie musi być bardziej jednoznaczna. Że przez ostatnie kilkadziesiąt lat sól - którą był Kościół - straciła smak. Na ewangeliczne pytanie, czym posolić tę sól znalazł jednak odpowiedź.

 Tu chyba tkwi sekret, dlaczego papież postanowił wyciągnąć rękę do lefebrystów. Prawdopodobnie Benedykt XVI dostrzega, że Bractwo Św. Piusa X jest nadmiernie „słone” - ale postrzega to jako zaletę, bo ma nadzieję, że po wrzuceniu lefebrystów do ogromnego kościelnego kotła, cała potrawa nie będzie już tak mdła jak obecnie. Wszak kapłani lefebrystyczni i związani z nimi wierni bez dyskusji akceptują prawdy od wieków głoszone przez Kościół.

 Fala krytyki, która spadła na Watykan po pojednaniu z Bractwem Św. Piusa X teoretycznie związana jest z wypowiedziami lefebrystycznego biskupa Richarda Williamsona, który podał w wątpliwość przeznaczenie komór gazowych w obozach koncentracyjnych. Fakt, że słowa te padły w wywiadzie dla telewizji szwedzkiej udzielonym parę miesięcy temu, a zostały upublicznione dopiero teraz - dokładnie wtedy, gdy w świat poszła informacja o zdjęciu ekskomuniki z czterech biskupów Bractwa skłania jednak do podejrzeń, że oskarżenie o antysemityzm jest tylko wygodnym narzędziem, którym postanowiono „uderzyć” konserwatywnego papieża. Włoski dziennik „Il Giornale” w tym kontekście napisał nawet o spisku wymierzonym w Benedykta XVI.

 Wyskok lefebrystycznego hierarchy został natychmiast jednoznacznie skrytykowany przez Watykan i samego papieża. Od poglądów Williamsona odcięło się oficjalnie Bractwo Św. Piusa X, a i sam biskup przeprosił za swoją wypowiedź. Wszystko to powinno wystarczyć, aby zamknąć sprawę, ale nie wystarczyło. Wręcz odwrotnie pojawiają się wciąż nowe wypowiedzi krytykujące... papieża. Tak jakby chciano samemu Benedyktowi przypiąć łatkę antysemity.

 Tak naprawdę jednak nie o antysemityzm i nie o Żydów tu chodzi (choć oni sami łatwo dali się wykorzystać w tej nagonce), ale o zdezawuowanie papieża, który odważył się przywrócić trydencką mszę i przywrócić na łono Kościoła lefebrystów. W podtekście tych decyzji Benedykta jest obawa przed podważaniem wielu posoborowych zmian (sam Ojciec Święty mówił o konieczności odczytana Vaticanum II na nowo), przed mniej bezkrytycznym podejściem do ekumenizmu i powrót Kościoła na pozycję surowego recenzenta liberalnego świata. 

Oskarżenie Benedykta o tolerancję dla antysemityzmu to najmocniejszy argument jego przeciwników, ale na pewno nie jedyny i nie ostatni. Teraz czeka nas seria kolejnych działań mających osłabić papieża, wprowadzić niepokój w Kościele. Już zaczęło się wyszukiwanie i nagłaśnianie wypowiedzi ludzi Kościoła, krytykujących decyzję Benedykta w sprawie lefebrystów.

 Nie warto nawet wymieniać nazwisk polityków, działaczy społecznych oraz mniej i bardziej znanych teologów - ale trzeba zaznaczyć, że w antypapieskiej krucjacie wzięło już udział kilku niemieckich i austriackich hierarchów, m.in. kardynał Karl Lehmann („to katastrofa”), abp Werner Thissen („to zła decyzja”, „ucierpiał dialog ekumeniczny”), bp Gebhard Fuerst („Kościołowi grozi utrata wiarygodności”), abp Christoph Schoenborn (współpracownicy papieża nie ocenili całej tej sprawy z należytą uwagą”).

 W ten sposób buduje się front wewnątrzkościelnych przeciwników papieża. Będzie on używany z jednej strony do nacisków na Benedykta, z drugiej do pokazywania, że w Kościele obok tego złego, są też dobrzy hierarchowie, księża, szeregowi katolicy.

 Co czeka nas jeszcze w najbliższym czasie? Oczywiście przeciwstawianie Benedykta XVI jego poprzednikowi i oskarżanie obecnego papieża, że zaprzepaszcza dorobek Vaticanum II. Media w Niemczech zaczęły już rozważać, czy tamtejszy Kościół nie odłączy się od Rzymu. A i w Polsce w tekstach niektórych publicystów pojawiły się zawoalowane sugestie, że Kościół soborowy, wychowany na Janie Pawle II, odejdzie od Kościoła katolickiego, jeśli papież nie zmieni swojej konserwatywnej linii.

 Jaki jest cel tych wszystkich działań? Oczywiście nikt nie liczy na to, że zbierze się konklawe i zdetronizuje Benedykta - bo jest to niemożliwe. Na razie chodzi raczej o zastraszenie, o zmuszenie papieża aby wycofał się z rehabilitacji Bractwa Św. Piusa X.

 Czy Benedykt XVI ulegnie tym naciskom? Czy przestraszy się i wycofa? Odpowiedź dał sam papież. Zaledwie w parę dni, po tym, gdy podniósł się krzyk w sprawie zdjęcia ekskomuniki lefebrystów, papież powołał księdza Gerharda Marię Wagnera na nowego biskupa pomocniczego austriackiej diecezji Linz.

 Wagner nie jest ulubieńcem mediów. Wręcz odwrotnie. Pamięta się mu i wypomina do dziś, że wyraził obawy, czy książki o Harrym Poterze nie mogą prowadzić młodych ludzi do satanizmu i, a po huraganie Katrina (który zniszczył m.in. pięć klinik aborcyjnych i nocne kluby w Nowym Orleanie) zadawał pytanie czy katastrofy naturalne nie bywają konsekwencją duchowego zniszczenia.

 Jeśli Benedykt wciąż będzie równie konsekwentny, to o czasach „kremówkowych sakramentów” możemy zapomnieć. Między Kościołem, a światem liberalnym właśnie skończyła się wymiana uśmiechów. Skończyła się epoka fikcyjnego rozejmu, za którym krył się niemożliwy do rozwiązania konflikt. Czas już, aby obie strony spojrzały na siebie poważnie.

Dominik Zdort, "Rzeczpospolita"